środa, 10 czerwca 2009

Bye, bye YouTube

Kanał OngakuPoland na YT, po nieco ponad pół roku obecności, został wczoraj permanentnie zablokowany punktualnie o godzinie 23:00. Około 23:05 na skrzynce e-mail Ongaku pojawiła się wiadomość o naruszeniu praw autorskich w związku z zamieszczeniem pewnego teledysku. Polityka YT w tej kwestii jest agresywna i bezwzględna. Mimo że mogą pójść na rękę i dać czas na usunięcie "podejrzanych" materiałów, w tym wypadku nie dali nawet minuty. Ba! Przecież wysłali wiadomość dopiero po zablokowaniu konta, co jest po prostu chamstwem. Aktem czystego snobizmu. Dalej... Podają że konto usuwane/blokowane jest gdy punkt o prawach autorskich naruszany jest kilkakrotnie. W tym wypadku było to zaledwie jedno potknięcie z uwzględnieniem osoby trzeciej. Wspominają również w regulaminie o ewentualnym przywróceniu zawieszonego konta do użytku po 6 miesiącach. Z doświadczeń użytkowników tego serwisu, o których można poczytać po sieci, wynika jednak że YT bezwzględnie odstępuje od tej reguły - albo to jakiś reżim, albo zespół YT to po prostu banda śmierdzących leni, YT traktuje to jako przywilej dla wybranych (jeśli tak to przyklejam epitet "cuchnące bufony" przy serwisie i podkreślam dwoma grubymi liniami).
Tak więc ponad 300 zamieszczonych filmów zostało skazanych na banicję, bez możliwości żadnej obrony. Do tego dodam fakt wielu godzin spędzonych na przygotowywaniu plików, tagowaniu, opisywaniu, tłumaczeniu itd. Ponad 60% z wrzuconych materiałów stanowiły zlepki jpeg+mp3, które również wymagały czasu na wykonanie, dopasowanie, opisanie, przetworzenie etc.
Cóż, nie wypada przesadzać z narzekaniem, ale również nie należy traktować całego problemu zbyt pochopnie. Do YT pójdzie w tej sprawie oficjalne zażalenie. Nieważne, że na bank je oleją. Ważny będzie fakt niepozostawania obojętnym na tak despotyczne zachowanie.

OngakuPoland rest in peace forever...

Yutaka - Brazasia


Yutaka Yokokura (横倉豊) - urodzony w 1952 roku kompozytor, producent i aranżer, specjalizujący się w nurcie jazz fusion, grający na instrumentach klawiszowych, gitarze i koto. W środowisku muzycznym znany bardziej pod pseudonimem Yutaka (アーティスト). W wieku 4 lat rozpoczął lekcje grania na fortepianie. Do 15 roku życia z pasją słuchał muzyki popularnej, kiedy to w połowie lat 60-tych zapałał miłością do muzyki brazylijskiej i latynoamerykańskiej. Niedługo po tym (początek lat 70-tych) założył swój własny zespół, grający muzykę inspirowaną ówczesną twórczością Sérgio Mendesa.
W 1972 roku przeprowadził się do USA (Long Beach, California), gdzie mieszka do dziś. W latach 1975-78 był klawiszowcem grupy Hiroshima (formacja jazz fusion, składająca się z amerykanów pochodzenia japońskiego) . W roku 1980 nagrał swój debiutancki album solowy - „Love Light”, wydany po raz pierwszy rok później przez japońską wytwórnię fonograficzną Alfa. Do 1993 roku stworzył jeszcze 3 płyty, po czym najprawdopodobniej zrezygnował z dalszej kariery solowej (nie można odnaleźć jasnego wytłumaczenia, ale najprawdopodobniejszym powodem było niewystarczające zainteresowanie dorobkiem Yutaki).
Styl Yutaki miesza jego miłość z doświadczeniem oraz pochodzeniem. Na pierwsze skrzypce idzie zawsze ogromny wpływ muzyki latynoskiej, a zwłaszcza brazylijskiej (przeważa rytm bossa novy), który podany jest w „obudowie” z jazz fusion, wyuczonym podczas występów z Hiroshimą; na koniec wszystko jest zgrabnie i klimatycznie ozdobione przez nuty japońskie i orientalne (najczęściej partie grane przez samego artystę na koto).

Dyskografia:


- Love Light (1981)

- Yutaka (1988)

- Brazasia (1991)

- Another Sun (1993)

Yutaka - Brazasia (1991)


Gatunek: jazz fusion (odmiana latynoska)
Kompozycja: Yutaka Yokokura
Produkcja: Yutaka Yokokura, Dave Grusin, Larry Rosen
Aranżacja: Yutaka Yokokura
Wykonanie:
- Yutaka Yokokura
- Oscar Castro-Neves
- Luis Conte
- Paulinho Da Costa
- Gary Grant
- Jerry Hey
- Kim Hutchcroft
- Abraham Laboriel
- Gracinha Leporace
- Teo Lima
- Artur Maia
- Gary Meek
- Bill Reichenbach
- Michael Shapiro
- Ricardo Silveira
- Carlos Vega
- Jerry Watts
- Pauline Wilson

Lista utworów:

01 Brazasia 5:13
02 East By South 5:01
03 Morena 5:02
04 Chuva 5:25
05 Lambasa Nova (You're Good For Me) 4:29
06 Urban Jungle 5:10
07 Wayward Wind 3:00
08 (If I Only Have) One Chance 4:34
09 Sao Jorge 5:49
10 Say You Do 4:16

„Brazasia”, najintensywniej w twórczości Yutaki, określa jego dążność do uchwycenia własnej wizji muzycznej fuzji Dalekiego Wschodu i Brazylii. Już pierwszym zwiastunem zawartości albumu jest sam jego tytuł. A co stanowi tą zawartość? Rdzeniem przewodnim została latynoska odmiana fuzji jazzowej, która w czystej istocie tworzy proporcjonalne połączenie elementów rocka, jazzu i funku, z ogromnym wpływem nurtów muzycznych ameryki łacińskiej. Element orientalny artysta potraktował tu, jak w całej swojej twórczości, w postaci przyprawy podkreślającej wyodrębniony już z latynoskiego ogółu, brazylijski smak. Nie ma tu pojedynczego sposobu przedstawienia tego połączenia. Przykładowo utwór tytułowy jest najbardziej frontalny w przekazie. Dokładniej przedstawia rajską wizję połączonej Brazylii i Azji, zarówno przez tekst piosenki, duet wokalny, jak i rytm sugerujący bossa novę oraz typowo latynoski garnitur instrumentów, podsycany ozdobnikami w postaci partii granych na nadające orientalnej nuty, japońskie koto i dopełniające południowo-amerykański rytm, brazylijskie agogo. „Morena” stanowi największy ukłon w stronę brazylijskiej natury całej płyty. Kamieniem węgielnym jest w nim przygrywka wykonana na berimbau, jednym z najbardziej charakterystycznych dla Brazylii instrumentów, określająca rytm całego utworu, oscylujący gdzieś miedzy bossa novą a sambą. Na krążku jest również chwytliwa hybryda bossa novy i lambady pod wdzięcznym tytułem „Lambada Nova”.
Teksty wszystkich utworów wokalnych traktują o miłości, co nie powinno dziwić nikogo, jako że praktycznie każda piosenka utrzymana w rytmikach bossa novy, salsy, forró, merengue, carimbó i samby (na których upiera się cała twórczość Yutaki), musi się w jakimś stopniu na niej skupić.
Generalnie „Brazasia” jest bardzo ciekawym krążkiem i na pewno zaskoczy nawet najbardziej wybrednego wielbiciela jazz fusion. Ze względu na sam koncept i rodzące się z niego, zaskakujące harmonią, unikatowe operacje muzyczne, płyta jest godna plecenia każdemu, kto ceni świeżość i indywidualizm. A jeśli ktoś, jak ja, uwielbia muzykę dalekiego wschodu oraz latynoskie/brazylijskie rytmy, po prostu musi się zapoznać z tą produkcją.

Ocena: 6(8)


Yutaka - Brazasia

wtorek, 9 czerwca 2009

Truskawki z piekła


Zaczyna się sezon truskawkowy, a jako że macie do czynienia z prawdziwym maniakiem truskawek, to musi pozostać tu jakiś ślad tego skrzywienia ;)).
Zastosowanie tych owoców w polskich domach polega zwykle na wymyciu, obraniu z szypułek, pokrojeniu w połówki (ewentualnie ćwiartki), zasypaniu cukrem (wandalizm ;P), opcjonalnie zalaniu śmietanką bądź pokryciu bitą śmietaną (barbarzyństwo ;((). Ewentualnie pozostawienia się je w całości i zapieka w cieście, bądź miksuje z cukrem i mlekiem/kefirem/jogurtem/maślanką na shake truskawkowy. Takie są standardowe sposoby przyrządzenia truskawek na "zaraz". Osoby zajmujące się uprawą truskawek, bądź takie które chcą zachować na później swój przysmak z sezonu (kiedy są najtańsze), pozostawiają zapas w całości, lub miksują na paćkę z cukrem/bez i wrzucają do zamrażalnika, żeby po pół roku sobie o nich przypomnieć.
Ja najbardziej lubię wcinać truskawki w całości, bez niczego, ewentualnie wyeksperymentować coś w stylu np. sałatki z truskawek i awokado z sałatą i winegretem ;]. Ale dziś pora na hmm... bardziej ryzykowny wynalazek pt. "Sorbet meksykański z truskawek". Bardzo łatwo go zrobić, ale nie każdemu przypadnie on do gustu. A to ze względu na pewien składnik, który zarazem jest odpowiedzialny za słowo "meksykański" w nazwie (bo on sam ma jedynie tyle wspólnego z Meksykiem). Potrzebne będą wymyte i odszypułkowane truskawki (na jedną porcję gdzieś tak 100-200 g), które należy wrzucić do miksera, razem z odrobiną wielokwiatowego miodu na podkreślenie słodkiego smaku, oraz uwaga... małą, koniecznie czerwoną, papryczką Jalapeño (mniej więcej wielkości małego palca). Smakami można manewrować wedle woli. Jeśli ktoś lubi bardzo ostre, może wrzucić jedną większą, lub dwie małe, a jak się boi to połowę małej. Gdy lubi się bardzo słodkie, bądź ma mocno kwaskowe truskawki, może dorzucić więcej miodu (w ostateczności cukru, którego nie polecam). Po ustaleniu proporcji należy całość zmiksować i wyłożyć na salaterkę. Gotową paćkę włożyć do zamrażalnika na ok. 1-2 godziny (w zależności od tego jak mrozi lodówka - chodzi o to żeby mus całkowicie nie zamarzł). Do takiego musu można jeszcze dodać kieliszek czegoś mocniejszego ( tequila xD), ale wtedy o wiele trudniej go zmrozić. Acha, jeszcze zastrzegam sobie prawo do nie ponoszenia żadnej odpowiedzialności jeśli eksperyment nie wyjdzie, bądź po prostu nie wejdzie Wam w smak ;]

Akira Jimbo - Flower

Akira Jimbo 神保 彰 (jego nazwisko też dość często jest romanizowane jako „Jinbo”) urodził się 27 lutego 1959 roku. Jest on nieetatowym perkusistą, obracającym się w środowisku jazz fusion, znanym na całym świecie ze względu na swoją muzyczną niezależność, elastyczność i oryginalność w stylu, oraz łączenie technologii perkusji elektronicznej z akustyczną. Oprócz grania na perkusji zajmuje się kompozycją, pisaniem tekstów piosenek oraz produkcją koncertów i albumów. Można go nazwać również wynalazcą, ponieważ w ciągu ponad 20 lat brał udział w pracy nad modułem MIDI DTX drum triggering system (produkowany później przez Yamahę), łączący elektroniczne dźwięki z perkusją akustyczną, dzięki któremu perkusista mógł z powodzeniem „udawać” cały zespół muzyczny. Asystował również przy projekcie nowych hybrydowych talerzy dla firmy Zildjian.
Jego kariera muzyczna rozpoczęła się kiedy jako 17-latek wstąpił do „Raito myuujikku sosaeti biggubanndo” (Light Music Society Big Band) na Uniwersytecie Keio. Popularność jednak zdobył grając z grupą Casiopea od roku 1980. 6 lat później nagrał swój pierwszy solowy album „Cotton”, którego brzmienie na tle zachodnich grup jazz fusion, nie jest zbyt oryginalne, choć w tedy, w trakcie japońskiego boomu na zachodnie trendy muzyczne, płyta i tak dobrze się sprzedawała. W 1989 roku Akira, razem z basistą Tetsuo Sakurai (櫻井哲夫), opuścili Casiopee, tworząc wspólnie duet Jimsaku, a Akira nagrał kolejny album Palette, który był już nieco bardziej ponadczasowy niż poprzedni (dzięki kilku świetnym instrumentalnym utworom). Razem z Tetsuo grali bardzo techniczną jazzową mieszankę basowo-perkusyjną, często uzupełnianą innymi instrumentami przez gościnnie występujących muzyków. Dorobek Jimsaku to 10 (plus jedna kompilacja „The Best of”) bardzo udanych albumów oraz kilkanaście koncertów. Projekt został rozwiązany w 1998 - do tamtej pory Akira nagrał kolejnych 7 albumów, których poziom stopniowo rósł by osiągnąć zenit w dwóch wydanych w 1997 roku - Flower oraz Stone Butterfly. W tym samym roku powrócił też do Casiopei, bardziej w roli współpracownika niż stałego członka zespołu. Też jeszcze w 1995 roku dołączył do Tropical Jazz Big Band (熱帯JAZZ楽団), orkiestry/zespołu prowadzonego przez Shingo „Carlos” Kanno, koncentrującego się na latynoskiej fuzji jazzu z ogromnym udziałem salsy i samby. W 2004 roku razem z Hiroyuki Noritake (則竹裕之) (były perkusista T-Square) stworzyli duet bębniarzy - Synchronized DNA, w którego składzie nagrali do tej pory dwie płyty DVD z szeregiem występów synchronicznej gry na perkusji, oraz wystąpili na kilku koncertach razem z Casiopeą (w tym świetny „5 Stars Live” dostępny na DVD). W 2003 i 2004 roku nagrał razem ze znanym basistą Brianem Brombergiem dwa albumy (Brombo! i Brombo 2!!), na których usłyszeć można bardzo fachową akustyczną mieszankę perkusji z kontrabasem, wspomaganą dźwiękami fortepianu, na którym gościnnie grał Otmaro Ruiz. Znaleźć tam można zarówno oryginalne kompozycje jak i aranżacje legendarnych kawałków (m.in. „And I Love Her” Beatlesów, „Fields of Gold” Stinga, „Tell Me a Bed Time Story” Herbiego Hancocka czy „Summer Breeze” od Seals And Crofts). W 2005 i 2006 roku Akira, razem z Hirotaką Izumi (和泉宏隆) oraz Yuji Toriyamą (鳥山雄司) nagrali dwie płyty jako trio Pyramid. Kolejne dwa albumy solowe (2007 - Four Colors i 2008 - Get Up!) nagrał razem z muzykami: Frankiem Gable (gitara elektryczna), Otmaro Ruizem (fortepian) oraz Abrahamem Laborielem (gitara basowa), tworzą bardzo trafioną, pół-akustyczną, techniczną formę nowoczesnego jazz fusion. W 2009 roku przy okazji kolejnego projektu Akiry (Jimbomba), Franka Gambale przy gitarze zastąpił Michael Landau, pozostały skład zespołu z ostatnich 2 albumów pozostał bez zmian.
W 1999 roku Akira Jimbo został uhonorowany 2 miejscem na liście najpopularniejszych perkusistów wg brytyjskiego magazynu Rhythm. W czerwcu 2000 roku stał się pierwszym azjatyckim perkusistą , który znalazł się na okładce Modern Drummer (najstarsze i najbardziej liczące się czasopismo przeznaczone dla entuzjastów perkusji), w tym samym roku wystąpił też na modern Drummers Festival (nagranie dostępne na DVD).

Dyskografia (albumy solowe, bez kompilacji):

- Cotton (1986)
- Palette (1989)
- Jimbo (1990)
- Slow Boat (1991)
- Penguin Parasol (1992)
- Lime Pie (1993)
- Rooms By The Sea (1995)
- Panama Man (1995)
- Flower (1996)
- Stone Butterfly (1997)
- Four Colors (2007)
- Get Up! (2008)
- Jimbomba (2009)

Akira Jimbo - Flower (1996)


Gatunek: jazz fusion, smooth jazz
Kompozycja: Akira Jimbo
Produkcja: Akira Jimbo, Kazu Matsui
Aranżacja: Akira Jimbo, Derek Nakamoto, Gary Stockdale
Wykonanie:
Gitara: Mike Miller, Thom Rotella, Jinshi Ozaki
Klawisze: Keiko Matsui, Derek Nakamoto, Gary Stockdale, Russell Ferrante
Perkusja latynoska: Ricardo Tiki Pasillas
Gitara basowa: Jimmy Earl
Trąbka: Charlie Davis, Clay Jenkins, Rick Braun
Puzon: Stephen Holtman
Perkusja: Akira Jimbo
Flet, saksofon tenorowy, sopranowy i altowy: Bob Sheppard
Saksofon sopranowy: Paul Taylor

Lista utworów:

01 Blooming Forest 4:27
02 Let the Breeze 4:55
03 Violet 4:21
04 Rouge 4:27
05 Sloppy Joe 5:02
06 Tribal Root 4:26
07 Rosary 4:42
08 Red Soil 4:27
09 Cactus 4:32
10 Windflower 4:45

Na rozpoczęcie płytoteki musiałem przygotować coś specjalnego, zademonstrować jakąś szczególną perełkę. "Flower", mój ulubiony album jednego z moich absolutnych jazzowych faworytów, Akiry Jimbo. Nie cenię go tak tylko dlatego, że jest jednym z najlepszych jazzowych perkusistów na świecie, który dzięki swojej technice i pomysłowości, potrafi zastąpić cały zespół muzyczny. Akira Jimbo jest również świetnym kompozytorem i producentem, czego dowodem jest chociażby płytka, którą chcę przedstawić. Nie jest to dobry przykład tego co on potrafi wyczyniać z perkusją, jako że na tym krążku dominuje odłam jazzu nastrojowego (smooth jazz). Jest 10 zróżnicowanych utworów, wśród których odnajdzie się m.in. subtelne pląsy dźwięków fortepianu, romantyczny śpiew saksofonu, gorące, impulsywne i finezyjne, południowe rytmy formułowane przez gitarę i perkusję. Całość zatopiona jest w po części ożywiającej ciepłem, a po części orzeźwiającej świeżością, karaibskiej atmosferze, co czyni z tego albumu jeden z najbardziej nastrojowych projektów Akiry. Trudno jest wybrać pojedyncze, wyróżniające się utwory, ponieważ wszystkie kompozycje na tej płycie doskonale się uzupełniają i całego kompletu słucha się dosłownie od deski do deski. Jeśli raz się jej zakosztuje, trudno odepchnąć na bok i kompletnie zapomnieć - na pewno po jakimś czasie się do niej wróci. Chyba że ktoś naprawdę nie cierpi takiego klimatu, bądź nie dociera on do kogoś całkowicie.

Ocena: 7(10)


Akira Jimbo - Flower

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Blożki, blogi, blożyska… blogoidy? Czy „Mój blog” i „Mój blog” to to samo?

Mielizna złych snów,
Świt przebija przeciwność,
Skrytych fal losu.

Blog, internetowy pamiętnik/dziennik, miejsce w którym można się zwierzyć światu z części swoich myśli, wywalić jakiś fragment wszechświata kryjącego się w głowie. Takie było jego pierwotne znaczenie. Ale człowiek ma tendencje do ekspansji w każdej sferze życia. Po prostu z czasem znajduje inne zastosowania każdego przedmiotu, jaki mu wpadnie w ręce. Dzieje się to często gdy już brakuje pomysłów na coś kompletnie nowego, ale i w chwili kiedy nie ma wystarczających środków, czy umiejętności na stworzenie czegoś od podstaw. Zdarza się tak też jak komuś wydaje się to wygodniejsze, nie ma czasu na zbytnie rozmyślanie, ale często też jest to dzieło kompletnej improwizacji. W ten sposób definicja bloga w ciągu ostatnich lat uległa znacznemu rozciągnięciu. Powstały blogi informacyjne, reklamowe, biznesowe, kolumny publicystyczne, magazyny odnośników i plików multimedialnych etc. W końcu doszło do pewnej formy fuzji, gdy blog przejął rdzenne cechy witryn i portali społecznościowych, ewoluując w coś paradoksalnego względem podstawowej definicji. Bo czy blogiem może być coś, co nie jest już owocem działania jednego umysłu, a kilku a nawet kilkudziesięciu? Większość użytkowników, gdy wchodzi na takiego „bloga”, albo powstrzymuje się od jakiegokolwiek określenia, bądź pozostając laikiem nazywa to zwyczajnym blogiem lub (co jest już bliższe prawdy) portalem. Jeśli nie sposób taką hybrydę nazwać blogiem, potrzeba jakiegoś innego słowa, potrafiącego swoim wyrazem objąć całe jej pojęcie. W sieci pojawił się już dość dawno bardzo ciekawy pomysł na nazwę - „blogoid”. Pojęcie powinno się kojarzyć bardziej w stronę słowa „tabloid” niż np. „android” ;). Definicja tabloidu prawie idealnie pokrywa się z tą naszą blogową hybrydą - przede wszystkim w obu przypadkach mamy do czynienia z inicjatywą zbiorową i jeśli tabloid jest najczęściej produktem komercyjno-plotkarskim to „blogoid” coraz zuchwalej dąży w tym kierunku. Jest to więc co najmniej trafny termin i należało by w końcu zrobić coś w tym kierunku, żeby notorycznie nie kwalifikować rozbieżnych rzeczy do tej samej kategorii, wrzucając gruszki do worka z jabłkami, na którym napisane jest jak byk - „jabłka”.

Wracając do zwykłych blogów, są one zjawiskiem coraz powszechniejszym, które wykroczyło już dawno poza ścisłe środowisko blogowiczów. Bardziej rozbudowane portale, fora czy inne serwisy, oferują po rejestracji prowadzenie własnego bloga w swoim profilu. Najczęściej jednak ta forma traktowana jest bardziej po macoszemu, ponieważ trudniej do niej dotrzeć ludziom z zewnątrz, a wpisy skupiają się najczęściej na tematyce, w której dany serwis się specjalizuje. Jest to więc jedynie uzupełnienie, które nigdy nie będzie grało pierwszych skrzypiec, a często jest kompletnie niepotrzebne. Tu szczególnie biorę pod uwagę fora, które już w swojej istocie pozwalają na wymianę poglądów, bądź przedstawienie jakiegoś problemu. Oczywiście jako integralna część forum, taki blog, również podlega jego regulaminowi, co może wcale nie ograniczać, ale ciągle daje poczucie zależności od jakiegoś systemu.

A jak blogi były i są przyjmowane? Są różne stereotypy, które ostatnio też straciły sporo na znaczeniu. Niegdyś blogi były utożsamiane głównie z mniej lub bardziej zbuntowanymi nastolatkami w okresie dojrzewania. Obecnie społeczność blogowa znacznie się poszerzyła i urozmaiciła, czego dowodem jest fakt, że można w sieci napotkać blogi należące do studentów, informatyków, polityków, aktorów, duchownych, osób po 60-tce, czyli każdego kto ma coś od siebie do napisania, niezależnie od konkretnie wyznaczonych obrębów.

Sam myślę, że blog jest rewelacyjnym wynalazkiem, który po prostu nie miał innego wyjścia i w końcu musiał zaistnieć w Internecie. Piszę „rewelacyjny” biorąc pod uwagę jedynie przykład, w którym jest on wykorzystany prawidłowo przez swojego właściciela. I nie mam tu wcale na myśli wzoru klasycznego pamiętnika/dziennika, przeniesionego do sieci. Pisanie bloga musi przede wszystkim sprawiać przyjemność samemu właścicielowi. Taki powinien być cel podstawowy. Jeśli ktoś chce zdobyć w ten sposób coś więcej, musi sobie zdawać sprawę od samego początku, że droga do tego może być o wiele dłuższa niż się spodziewa, a nawet może nie mieć końca. Musi też wiedzieć, że wpis na blogu jest formą publikacji, do której od początku ma dostęp każdy (chyba że się je w jakiś sposób uwierzytelnia). Oznajmiając „mój blog” każdy musi mieć świadomość, że komentarze napisane przez odwiedzających nie są integralną częścią tego określenia (to tak jak z forum, które nie jest realną własnością administratora/ów, a wszystkich użytkowników którzy prowadzą na nim dyskusje). Właściciel bloga ponosi jednak odpowiedzialność za wszystko, co jest na nim zamieszczane, uwzględniając również komentarze odwiedzających (znowu porównując do forum - żaden administrator nie jest właścicielem treści pisanych przez innych użytkowników, jest jednak odpowiedzialny za ich zawartość, którą zdając się na własny rozsądek usuwa lub modyfikuje). Dlatego również prawidłowo prowadzony blog nie może więc być do końca własnością prywatną, co nie dotyczy odpowiedzialności która jest absolutna po stronie dysponenta.
Podsumowując. Swojego bloga piszę zarówno dla siebie jak i dla ludzi. Uszanuję każdy komentarz, zamieszczony przy wpisach, o ile nie będzie sprzeczny z moim rozsądkiem i sumieniem w stronę ogółu. Największym celem, który chcę osiągnąć przez prowadzenie tego bloga, to przyjemność z samego pisania. Taka jest wizja prawidłowo wykorzystanego bloga w moich oczach.

Wpis na dobry początek...

Dziesięć tysięcy,
Liścia suchego z włosów,
Drzew ściętych chwilą.

Może nie każdy zaczyna tak ekhm... dziwnie/odważnie/zuchwale/skromnie/subtelnie (niepotrzebne skreślić ;)). Ale cóż, stało się. Od czegoś trzeba było zacząć, a haiku wydawało mi się dobre na początek. A co? Haiku jest dobre na każdą okazję. Nie tylko w Japonii, ale już na całym świecie odbiera je się przypadkowo kupując przedmioty codziennego użytku, jedząc kolację w restauracji, czytając gazety i w wielu innych, mniej lub bardziej specjalnych, okolicznościach. Haiku bywa już uproszczonym czy skoncentrowanym wierszem powitalnym, pożegnalnym, miłosnym, dziękczynnym, żałobnym, impresywnym, ekspresywnym, alegorycznym itd. Używa się go jako koanu przy medytacji, formę własnego kredo, ale i również… np. urozmaicenia ulotki reklamowej. Skoro więc haiku jest takie wszechstronne i względne, niech będzie nie tylko powitalnym epizodem, ale stałą częścią tego bloga, o czym jeszcze wspomnę później.

Myśl o podjęciu własnej inicjatywy utkwiła mi w głowie już dawno (wrzesień 2008 dla ścisłości), ale różne mniej i bardziej priorytetowe sprawy zmuszały mnie do ciągłego odkładania startu na później. Ostateczna ETA (z ang. Estimated time of arrival - ustalony termin przybycia), od której już nie miałem zamiaru odchodzić, przypadła na 1 czerwca (hmm… żeby blog się starzał równocześnie ze mną, lol ;)). Plan został jednak ponownie zniweczony przez awarię dysku i utratę wszystkich materiałów, które przygotowywałem przez parę tygodni. Ponownie więc przesunąłem datę „odpalenia”, na 6 czerwca (w tym dniu wpis wstępny był już gotowy do zamieszczenia), lecz w przeddzień wyznaczonego terminu zdarzył się wypadek, w skutek którego chwilowo niedoszły właściciel owego bloga poturbowany trafił do szpitala. Ale że to chłop jak dąb, poleżał przez weekend na obserwacji, po czym znudzony i podirytowany polską służbą zdrowia udał się do domu, gdzie w tej chwili poddaje się intensywnej regeneracji ;). Większa pamiątka, w postaci wgniecionej maski, pozostała na samochodzie pewnego śmiałka, który próbował jeździć w godzinach szczytu pod wpływem popularnego specyfiku o wzorze sumarycznym C2H6O. Można rzec - iście złośliwe domino losu. Świt jednak w końcu nadszedł i to się liczy najbardziej :))

Dlaczego wybrałem Bloggera, zamiast inwestować w systemy o większych możliwościach? Jest kilka czynników, które o tym zadecydowały. Po pierwsze: Blogger jest w tej chwili najbardziej popularną platformą blogową na świecie i należy do bardzo rozbudowanego, ciągle rozwijającego się środowiska Google. Po drugie: przystępność i umiarkowanie systemu, który w zupełności wystarczy na moje skromne wymagania i daje sporą wygodę w działaniu. Po trzecie: dzięki popularności i prosty obsługi owego serwisu dotrzeć można do ludzi z o wiele większej palety grup społecznych, którzy również mają swoje blogi założone właśnie w nim.

***

Zaczyna się bloga więc wypadałoby przedstawić na początek coś w rodzaju „menu” - przydział kategorii, co w nich będzie i jak to będzie wyglądać. Jedziemy…

BAZGROŁY - wpis, który dotyczyć będzie nadających się do publikacji przypadków z życia codziennego, ciekawostek, krótkich komentarzy i innych bzdur ;]. Wszystko pisane luźnie, ale niekoniecznie. Czyli taka standardowa blogowa notka, jakich to zawsze wychodzi najwięcej.

PRASA - nie, kategoria ta nie będzie dotyczyć epileptycznie kolorowych pisemek, czy brukowców o uderzającej w nos woni ;). Chodzi o „ściśnięcie pod prasą” konkretnych problemów. Niezależnie od ich poziomu, podejdę do sprawy poważnie. Najważniejszym celem jest przedstawienie tematu i ukazanie moich własnych poglądów dotyczących konkretnej dziedziny. Nie będę przesadzał i nie będę pisał za każdym razem wszystkiego co wiem, przypuszczam bądź kwestionuję w danym temacie. Każdy wpis rozpocznę od haiku, które stanowić będzie swego rodzaju katharsis przed wgryzaniem się w zagadnienie. Możliwe że jest to, z punktu technicznego całkowicie bezużyteczne (ktoś to może nawet potraktować jako kryptografię, rodzaj lansu czy coś w tym stylu), dla mnie jest to potrzebne, chcę żeby było i tak już zostanie, bez względu na zewnętrzną reakcję. Jeśli ktoś chciałby podsunąć jakiś temat, nad którym miałbym pomyśleć - droga wolna. Powiem więcej… będę bardzo wdzięczny za każdą propozycję :))

PŁYTOTEKA - jako że muzyka jest jednym z najważniejszych elementów mojego życia od najmłodszych lat, nie mogło zabraknąć dla niej osobnego kąta. Ba! Z pewnością ta kategoria będzie jedną z najczęściej się pojawiających. Co taki wpis będzie zawierał? W zasadzie najwięcej będzie mniejszych lub większych recenzji albumów, które mogą być poprzedzone notką o życiorysie i twórczości danego artysty/zespołu. Zamieszczę ją jeśli wyciągnę coś z danego repertuaru po raz pierwszy. Oceniać będę w klasycznej skali od 1 do 10. Z tym że będą dwie noty - pierwsza przeznaczona dla ogółu, a druga (w nawiasie) dla entuzjastów określonego gatunku. Z miejsca daję też do wiadomości, że nie znajdziecie tu żadnych linków do źródeł pozwalających na zaopatrzenie się w nielegalną kopię jakiejś płyty. Nie to że całkowicie jestem przeciwny takiemu sposobowi na dzielenie się muzyką, ale nie chcę robić tu żadnego magazynu plików, jakich to masa w sieci. Jeśli komuś się spodoba to sobie znajdzie album na własną rękę ;). Oczywiście wolałbym, gdyby to był pełnoprawny, legalny, materialny album, bo to jest w dzisiejszych, zdominowanych przez empetrójki, czasach, najprawdziwsza oznaka szacunku dla danego artysty. Mam świadomość, że większość z płyt, które tu przedstawię, będzie poza zasięgiem skromnych polskich portfeli (nie mówiąc już o budżecie biednego studenta ;)). Ba! Znajdą się i takie, których to już odnalezienie, bez względu na posiadane fundusze, graniczyć będzie z cudem. Zachęcam jednak bardzo do poszukiwań i zakupu przy każdej możliwej okazji. Ale to że rezygnuję z zamieszczania linków do mp3, nie oznacza że całkowicie pozbawię Was możliwości bezpośredniego poznania próbki opisywanego krążka. Wrzucę przynajmniej jeden utwór w formie do odsłuchania.

KOLUMNA - jeśli nawiedzi mnie ochota naskrobać jakiś bardziej zwarty artykuł czy felieton, przykleję go pod tą kategorią. Czego one mogą dotyczyć?... Tego co przyjdzie do głowy ;)

WARSZTAT - tu znajdzie się miejsce na wszelkie przejawy mojej skromnej twórczości. Zwiastuny, próbki, linki do gotowych tworów, czy one same na talerzu. Na początku będzie bardziej muzycznie, bo tego w zapasie już trochę jest. Zaś biorąc pod uwagę sferę wizualną, to na tą chwilę nie będę miał jak przedstawić czegokolwiek, ze względu na ograniczenie sprzętowe - brak tabletu, skanera, a nawet głupiego aparatu fotograficznego. Tej drwiny, co ją mam w telefonie, nigdy nie nazwałbym aparatem, zaś porządny mam zbyt rzadko, żeby się tu czymś deklarować. Na półśrodkach nie chciałbym polegać, także stosownego layoutu na początku również nie będzie… eee to znaczy na początku w ogóle go nie będzie. Ale nie zostanie tak łyso i nieciekawie na długo (A co się będę tłumaczył, blog jest młody i powinien na taki wyglądać z początku, pełną gębą… Tyle! ;]). Dalej… Twórczość pisemna: jedynym liczącym się ograniczeniem jest tu właściwie tylko czas, bo napisanie nawet mizernego opowiadania zajmuje okresy liczone już nie w dniach a tygodniach i miesiącach. W sumie jest jeszcze wena/paliwo twórcze, które i tak staje się ostatecznie uzależnione od czasu, więc na jedno wychodzi. Ale dla ścisłości dodam, że w tym przypadku częściej będą pojawiały się wpisy informujące o progresie w realizacji projektu niż one same.

Na pewno jeszcze jakaś kategoria dojdzie. Jak na start, ten podział starczy w zupełności, a nawet nadto. Da sie zauważyć że ten blog nie będzie poświęcony sprecyzowanej tematyce. Tak miało być, tak jest i tak będzie.

„Juujikei no minato” znaczy tyle co „Przystań krzyża”. Z tym że „Juujikei” odnosi się do nicka, którego używam od kilku lat. Jego skrócona forma to już raczej bardziej znany i częściej używany JJK. Tak więc chodzi mi tu konkretniej o „przystań JJK”. A dlaczego „Juujikei”? To niektórzy z Was powinni już wiedzieć, innym postaram się na to odpowiedzieć przy następnej okazji.

To że nazwa bloga jest po japońsku nie znaczy wcale, że jestem jakimś hardcore’owym fanem Kraju Kwitnącej Wiśni, choć nie zaprzeczę że jestem wielkim miłośnikiem :)). Dlatego też oznajmiam iż blog ten nie będzie nawet w większej części poświęcony Japonii. Na bank będzie trochę o tym, ale niech nikt od początku nie identyfikuje go jako ściśle skupionego na KKW!

Tyle w sprawie wstępu. Plan początkowy złożony, więc teraz pora na jego realizację… Aha! Ten wpis podpinam pod wszystkie kategorie (a powinna być kara, bo długo uciekał przed publikacją, ale niech ma może mi przyniesie szczęście ;))